Samodzielnie, rowerem przez Alpy: Via Claudia Augusta

Przez ostatnie tygodnie przemierzyłem około siedemset kilometrów górskiej drogi zbudowanej przez Rzymian, prowadzącej przez dzisiejsze Niemcy, Austrię, fragment Szwajcarii i Włochy. Wielu handlarzy i pielgrzymkowiczów przeprawiło się przez ten szlak pieszo, ja miałem do dyspozycji rower i namiot.
Via Claudia Augusta, bo tak brzmi jej pełna nazwa, jest powszechnie uznawana za jeden z najpiękniejszych szlaków rowerowych na świecie. Jest też naprawdę dobrze oznakowana i przygotowana, choć nie oznacza to, że przejazd nie był wymagający. Greenways, czyli wydzielone, głównie płaskie, asfaltowe drogi wyłącznie dla rowerów, potrafią bez ostrzeżenia zmienić się w żwirową trasę z 10-15% nachyleniem i gruntem osuwającym się pod stopami. Niektóre z takich momentów da się pominąć korzystając z autobusów, niektóre trzeba po prostu przetrwać.
Planując moją wyprawę bardzo pomocne były dla mnie pamiętniki innych ludzi, dlatego postanowiłem napisać własny.
03.09 Berlin
Via Claudia Augusta jest naprawdę długa. Prawie nikt nie pokonuje jej w całości. Zupełnie normalne jest wybranie jakiegoś określonego odcinka, chociażby na podstawie atrakcji po drodze, trudności przejazdu czy warunków pogodowych. Ja chciałem wyruszyć z Monachium, dotrzeć do Wenecji i zakończyć podróż we Florencji. Rzeczywistość zweryfikowała moje plany, ale o tym później.
Do Monachium można dostać się na wiele sposobów. Codziennie kursuje pociąg nocny z Warszawy i Krakowa, ale niestety nie zabiera ze sobą rowerów. Zabiera je jednak FlixBus ze stolicy. Możliwa jest też trochę dłuższa droga z przystankiem w Berlinie, którą wybrałem, żeby po prostu zobaczyć więcej świata.
W Niemczech funkcjonuje fantastyczna strona internetowa 1nitetent, na której różni ludzie oferują możliwość rozbicia w ich ogrodzie namiotu na jedną noc, bez żadnych opłat. Pod Berlinem przespałem się więc w ogrodzie na przedmieściach przemiłych państwa Gladis i przejechałem się na rowerze po tym świetnie zorganizowanym i pięknym mieście.
Doświadczenie berlińskich dróg rowerowych jest prawdziwym szokiem kulturowym. Zawsze jest jasne i oczywiste dokąd jechać, rowerzyści mają oddzielne światła na skrzyżowaniach, a wszędzie jest wydzielona oddzielna droga dla rowerów, dlatego praktycznie nigdy nie trzeba wjeżdżać na zwykłą drogę. Berlin pozostaje jednym z moich ulubionych miast. Zawsze jestem pod wrażeniem jego uporządkowania, monumentalnej skali zabudowań oraz faktu, że ciągle zdaje się ewoluować. Jadąc przez Berlin co chwilę mijałem remonty i place budowy, których efekty naprawdę widać w zadbanej infrastrukturze. Przykrym mitem na temat tego miasta jest niesmaczne, tłuste jedzenie. Kiełbasa z curry, a w zasadzie obrzydliwym keczupem posypanym przyprawą curry, jest oczywiście wszechobecna, ale nie trzeba się wysilić, żeby zejść coś porządnego w tym mieście. Kultura street-food jest tutaj znacznie bardziej barwna i rozwinięta niż w Polsce. Po prostu przemieszczając się przez miasto można znaleźć dobre, niedrogie jedzenie. Berliński Gemüsekebap nadal pozostaje najlepszym, jakiego próbowałem.

04.09 München
Następnego dnia planowałem wybrać się pociągiem z Berlina do Monachium. Wsiadłem w Intercity Deutsche Bahn, który był najszybszą opcją oraz zabierał na pokład niezłożone rowery. Trasa miała zająć około pięciu godzin.
Stacja Berlin Hauptbahnhof jest, mimo ogromnej ilości pięter i peronów, niezwykle prosta w obsłudze. Bez problemu trafiłem na odpowiedni peron, załadowałem rower do pociągu i wyruszyłem w kierunku Alp. Tego dnia również liczyłem na nocleg w ogrodzie miłych Niemców znalezionych przez stronę 1nitetent.
Niestety pod Lipskiem mój pociąg nagle się… zepsuł. Nie podano dokładniejszego wyjaśnienia. Konduktor powiedział po niemiecku, że skład nie może kontynuować przejazdu “z powodu awarii niemożliwej do naprawienia w kilkanaście minut”. W okienku informacji, do którego oczywiście ustawiła się kolejka licząca kilkuset pasażerów mojego pociągu, otrzymałem propozycję kontynuowania podróży pociągami regionalnymi z trzema przesiadkami i brakiem gwarancji miejsca na rower w żadnym ze składów. Gdyby udało mi się przeżyć ten przejazd (i żaden inny pociąg nie zepsułby się po drodze), dotarłbym do Monachium około pierwszej w nocy. Pierwotnie miałem być na miejscu o siedemnastej. Można sobie wyobrażać moją reakcję.
Do Monachium dotarłem autobusem. Wolałbym oczywiście spać za darmo w namiocie, ale mój nocleg był oddalony od przystanku o prawie dwie godziny, a nie miałem czelności budzić o trzeciej w nocy gospodarza, który zgodził się użyczyć mi swojego ogrodu. Ostatnie czego chciałem jeszcze doświadczyć tej nocy jako Polak to gniew niemiecki, w szczególności, że moi niedoszli gospodarze mieszkali we wsi o nazwie Grünwald, chociaż im pewnie kojarzyła się z zielonym lasem.
Teoretycznie mógłbym po prostu rozbić namiot w lesie czy nad jeziorem, ale w Bawarii grozi za to kara w wysokości 2500 euro, więc odpuściłem sobie biwakowanie tego dnia i zarezerwowałem pokój w możliwie tanim hotelu obok stacji.
05.09 Füssen

Trzeci dzień wyprawy i wreszcie docieram w ogóle do Via Claudia Augusta. Z Monachium można się tam dostać ścieżkami rowerowymi biegnącymi wzdłuż pięknych jezior na przedmieściach, z których brzegu widoczne są Alpy.
Füssen jest niewielkim miastem zalanym ogromną ilością turystów. Wszyscy chcą zobaczyć znajdujący się niedaleko zamek Neuschwanstein, który był inspiracją dla bajek Disneya. Pojechałem tam rowerem, przejazd z centrum miasta zajął około dwudziestu minut, szybko jednak zawróciłem. Sam w sobie zamek faktycznie ma w sobie pewną magię, jednak miejsce jest do tego stopnia skomercjalizowane i przepełnione ludźmi, że nie mogłem się doczekać samotności, spokoju i ciszy na alpejskich ścieżkach rowerowych.

Wyjazd z Füssen jest naprawdę przyjemny, wydzielono asfaltową ścieżkę rowerową. Po drodze można zobaczyć kilka wodospadów, które wyglądają naprawdę spektakularnie. Co jednak najważniejsze z każdym przebytym metrem ubywa niemieckich turystów-emerytów, drepczących w sandałach ze skarpetami, szortach cargo i sportowych okularach. Przedstawiciele tego gatunku poruszają się w stadach złożonych z przynajmniej kilkunastu osobników, rzadko spotyka się ich samotnie przemierzających mniej turystyczne szlaki.

Wraz z rojem turystów tuż za austriacką granicą zniknął też asfalt. Będzie to niestety powracający motyw. Via Claudia Augusta przez większość dystansu jest świetnie przygotowana, jednak gładka szosa potrafi bez ostrzeżenia zmienić się w kamienistą, pochyłą ścieżynkę bardziej odpowiednią dla rowerów górskich.
Moim celem tego dnia był kemping Sonnawirt, położony między malutkim miasteczkiem Heiterwang i ogromnym jeziorem Heiterwangersee. Żeby tam dotrzeć musiałem pokonać ładnych parę kilometrów przewyższeń. Pierwsze dwa wzniesienia, dzięki Bogu, charakteryzują się gładką nawierzchnią, jednak na kilka kilometrów przed Heiterwang luksusowy asfalt prowadzący przez śliczne wioseczki, jakimi usłane są Alpy, zmienił się ponownie w ścieżkę dla rowerów górskich i to z przytupem. Przynajmniej 10% nachylenia i osuwające się pod stopami kamienie naprawdę dają w kość. Kiedy przekroczysz bramkę ze znakiem ostrzegającym przed wolno pasącym się bydłem (i psami, które tego bydła pilnują) to znaczy, że jesteś już naprawdę niedaleko. Koszmarna ścieżka kończy się dokładnie w Heiterwang - malutkiej miejscowości składającej się z paru domów, hoteli, kościoła i komendy straży pożarnej. Innymi słowy wszystkiego, czego człowiek potrzebuje do życia. Całe szczęście kemping mieścił się trochę za miastem, dzwonnica nie była więc istotnym problemem.

Zdecydowanie polecam poświęcić pół godziny na zobaczenie malowniczego Heiterwangsee. Polecam również kemping Sonnawirt, w którym miejsce namiotowe kosztuje 16 EUR za dobę bez opłaty za prąd wynoszącej trzy euro. Można jej oczywiście uniknąć pakując akumulatorki i lekkie, przenośne panele słoneczne.

Znaczną część kempingów, na których nocowałem, znalazłem przez stronę Camping.Info oraz wpisując po prostu “Campingplatz” w niezawodne Organic Maps. Poza wytyczeniem trasy przejazdu rowerem można zaimportować do aplikacji ścieżkę GPX i cały czas widzieć przebieg Via Claudia Augusta naniesiony na mapę. Można też szybko zapisać konkretne punkty, dodać do nich nazwy i opisy. Program świetnie sprawdza się w nawigacji po szlakach pieszych i rowerowych, również w mniej uczęszczanych miejscach, chociaż oczywiście najważniejszą funkcją jest możliwość śledzenia i zapisywania przebytej trasy, którą można i należy chwalić się znajomym.
06.09 Imst

Obudziłem się w miejscu, które wyglądało zupełnie inaczej niż dnia poprzedniego. Gęste chmury zasłoniły spektakularne szczyty górskie, ale całe szczęście tego dnia nie padało. Wyjątkowo niesamowita góra, będąca niemalże płaską, kamienną ścianą, pozbawioną drzew, trawy czy innej roślinności, była zupełnie zasłonięta obłokami, co absolutnie nie ujmowało scenerii.

Dzisiaj moim celem jest oddalony o pięćdziesiąt kilometrów Imst. Dystans nie jest żadnym kłopotem, ale przeszkody po drodze owszem. Tuż za miejscowością Ehrwald rozpoczyna się Fernpaß, czyli pierwsza alpejska przełęcz na trasie Via Claudia Augusta. Prowadzi przez nią w miarę wąska i ruchliwa droga Fernpaßstraße oraz jeszcze węższa ścieżka dla rowerów górskich, pełna sporych kamieni i korzeni. Coś wewnątrz mnie chciało przynajmniej spróbować ją przejechać. W końcu co takiego może się wydarzyć? Nie przyjechałem tutaj na łatwą przejażdżkę po płaskim asfalcie.


Jadąc przez śliczne polany między ośnieżonymi szczytami austriackich Alp przypomniałem sobie jednak, że mam pod sobą ponad dziesięcioletni rower szosowy ze średniej półki z kilkunastoma kilogramami bagażu na tylnym kole i ramie. Może nie był to najbardziej odpowiedzialny wybór, ale porządniejszego sprzętu po prostu nie miałem. Może fizycznie wytrzymałbym przejazd przez Fernpaß, ale z każdym kolejnym kilometrem coraz dobitniej docierało do mnie, że ostatnie, czego teraz bym chciał, to poważna awaria roweru, która mogłaby zmusić mnie do powrotu już czwartego dnia.
Ta sytuacja jest idealnym momentem do wspomnienia, że wzdłuż prawie całej Via Claudia w miarę regularnie kursują autobusy i pociągi, świetnie przygotowane do przewozu rowerów. Jeśli na trasie wystąpi dowolnego rodzaju problem, prawie każdy punkt jest oddalony o kilka bądź kilkanaście kilometrów od najbliższego przystanku bądź stacji kolejowej. W szczególności na pierwszych wyprawach rowerowych wydaje mi się odpowiedzialną decyzją zaplanowanie przejazdu w taki sposób, aby w wielu różnych miejscach dało się łatwo dostać do większego miasta, bądź po prostu do domu. Poza tym przejazd wzdłuż torów kolejowych między górami potrafi dodać pewnej magii.
Koniec końców wsiadłem do autobusu w miejscowości Ehrwald, który zabrał mnie na drugą stronę Fernpaß. Nie żałuję tej decyzji. Jeśli nie wybierasz się w Alpy konkretnie w celu zjeżdżenia tras Mountain Bike (MTB), których jest tam naprawdę sporo, zdecydowanie polecam pominięcie tego odcinka, potencjalnie aż do miasteczka Nassereith. Po drodze znajduje się w zasadzie tylko malutkie jezioro Fernsteinsee z wyspą w samym środku, nie mniej to miejsce zdaje się funkcjonować jako przystanek obowiązkowy dla wszystkich turystów podróżujących samochodami czy kamperami, przez co nie jest spokojne ani ciche, a kolejnych pięć kilometrów do Nassereith składa się głównie z leśnej ścieżki usłanej korzeniami i sporymi kamieniami.

Temperatura sięgała 32 stopni, kiedy docierałem do Nassereith. Całe szczęście od tego miasta wytyczona jest świetnie przygotowana droga rowerowa wiodąca wzdłuż potoku przez niekończące się polany i wsie. Słońce, przejrzyste niebo, wysokie góry w każdym kierunku. Zastanawiałem się jak wygląda codzienne życie ludzi, którzy po prostu tutaj mieszkają. Czy te powalające widoki przestają w którymś momencie robić wrażenie, kiedy stają się zwykłym otoczeniem?
Mieszkańcy Tyrolu byli historycznie odizolowani właśnie ze względu na swoje górzyste otoczenie. Nadal ewidentnie czują się dumni ze swojej odrębności, patrząc na ich zachowanie. Prawie wszystkie produkty z tego regionu dumnie podkreślają gdzie były wyprodukowane (W niektórych sklepach obok Coca-Coli można znaleźć zaskakująco smaczną Tyrola Cola). To naturalne odosobnienie ukształtowało ich styl życia, wspierając silne lokalne tradycje i samowystarczalność. Częste wylewy rzek alpejskich, szczególnie w dolinach, dodatkowo odcięły ich od świata zewnętrznego, utrudniając podróże i komunikację. W rezultacie rozwinęli unikalną kulturę, głęboko związaną z ziemią i polegającą na rolnictwie, z niewielkim wpływem zewnętrznym przez wieki.

Via Claudia Augusta, starożytna rzymska droga którą się przemieszczam, miała znaczący wpływ kulturowy na ludność Tyrolu. Początkowo zbudowana jako szlak wojskowy łączący Adriatyk z Dunajem, stała się istotnym szlakiem handlowym. Wraz z handlem przyszła komunikacja i wymiana kulturowa między północą a południem Europy. Via Claudia wystawiła odizolowane społeczności Tyrolu na rzymskie towary, idee i wpływy, które zmieniły ich styl życia, wprowadzając nowe praktyki rolnicze, style architektoniczne, a nawet tradycje religijne. Miasta i ludność regionu zostały częściowo ukształtowane przez ciągłe interakcje przyniesione przez ten szlak, co doprowadziło do połączenia lokalnych tradycji z wpływami rzymskich i późniejszych cywilizacji europejskich. Trasa ta do dziś ma znaczenie kulturowe, jako historyczny szlak łączący istotnie różne części Europy.
Dotarłem do mojego dzisiejszego noclegu, wyjątkowo będę spał w tanim pensjonacie. Zastanawiałem się nawet czy nie przejechać kolejnych kilkudziesięciu kilometrów aż do Pfunds, ale na dzisiaj to jest zdecydowanie zbyt dużo. Dojechałbym najwcześniej o godzinie dziewiętnastej, kiedy może zacząć padać i będzie się ściemniało, a nie wiem jakiej jakości będzie trasa. Każdy pokój w pensjonacie parę kilometrów za Imst ma jakiegoś rodzaju miasto czy miejsce przyporządkowane do siebie. Jest na przykład pokój Innsbruck, pokój Imst. Ja akurat mam pokój Via Claudia. Nie wierzę, żeby ktoś się domyślił, że jadę akurat przez Via Claudia Augusta, ale z jakiegoś względu dostałem właśnie ten. Poza tym zostawili mi w pokoju Biblię po niemiecku!


Umyłem ręcznie ubrania, które pobrudziły się przez ostatnich parę dni, żeby zdążyły wyschnąć na następny poranek. Przejeżdżając przez Imst, zatrzymałem się na chwilę w piekarni i znalazłem trzy croissanty za dwa euro, więc pomyślałem, że będzie to idealna sytuacja, żeby wykorzystać moje dżemy w tubkach, które wiozę jeszcze z Warszawy. Podziwiam inwencję twórczą ludzi, którzy doszli do wniosku, żeby sprzedawać dżem w innym pojemniku niż ciężki i łatwy do zbicia słoik, konsumując rogale. Jest absolutnie prześlicznie, jestem skrajnie szczęśliwy i zadowolony z tego, że tutaj przyjechałem. Mam tutaj niewielki balkon, z którego poza niesamowitymi górami widać w odległości tory, po których co chwilę przejeżdżają pociągi.
Dotychczas przejazd był przepiękny i w znacznej mierze bezproblemowy. Zasypiając w Imst spodziewałem się, że największą trudnością będzie przełęcz Rechenpaß, do której planowałem dotrzeć następnego dnia. Bałem się jak sobie poradzę z potężnym przewyższeniem, jeśli temperatura będzie tak wysoka jak dzisiaj. Kieruję się przecież do Florencji, w kierunku Italii może być tylko cieplej, prawda? Rzeczywistość zweryfikowała te oczekiwania w kolejnych dniach, co postaram się opisać za parę tygodni.