Samodzielnie, rowerem przez Alpy: Via Claudia Augusta (część 2)

W 2024 roku przemierzyłem około siedemset kilometrów górskiej drogi zbudowanej przez Rzymian, prowadzącej przez dzisiejsze Niemcy, Austrię, fragment Szwajcarii i Włochy. Wielu handlarzy i pielgrzymów przeprawiło się przez ten szlak pieszo; ja miałem do dyspozycji rower i namiot.
Planując moją wyprawę, korzystałem z pamiętników innych ludzi, dlatego postanowiłem napisać własny. To jest jego druga część. Jeśli nie czytałeś pierwszej, najlepiej zacząć od początku: Pierwsza część wyprawy szlakiem Via Claudia Augusta.
07.09 Pfunds
Muszę przyznać, że dotychczas miałem szczęście. Pogoda w górach jest zmienna, ale do tej pory doświadczyłem tylko ciepła, słońca i lekkiego deszczu w nocy, kiedy spałem pod Heiterwang. Zauważyłem, że padało, tylko dzięki mokremu tropikowi namiotu. Kiedy wyruszałem w kierunku włoskiej granicy, znów zapowiadał się piękny dzień. Byłem przekonany, że austriackie i niemieckie Alpy ze swoimi obficie zaśnieżonymi szczytami zapewnią maksymalnie dziesięć czy piętnaście stopni. Dotychczas rzeczywistość zaskakiwała trzydziestoma w ciągu dnia i dwudziestoma w nocy. Zastanawiałem się, kiedy ta fortuna się skończy.
Moim celem tego dnia było miasteczko Pfunds, położone obok miejsca, w którym zbiegają się granice Austrii, Szwajcarii i Włoch. Zmierzałem tam oczywiście, żeby dostać się do Włoch przez drugą przełęcz na mojej trasie — Reschenpass, podobno najtrudniejszą do pokonania. Trasa biegła wzdłuż rzeki Inn — tej samej, która przecina oddalony o około sto kilometrów w linii prostej Innsbruck.
Via Claudia Augusta biegnie na tym odcinku doliną Innu. Usiana jest pozostałościami mostów, które niegdyś ułatwiały albo umożliwiały handel i przemieszczanie się przez Alpy, chociaż zbudowane były przede wszystkim po to, aby mogło przejść nimi wojsko. Miejsca na jej brzegach jest bowiem niewiele, często tylko parę metrów. Fragmenty średniowiecznej architektury są nadal funkcjonalne, choć na pewno mają za sobą mnogość renowacji. Mosty, jedne drewniane, inne kamienne, uzmysławiają kunszt inżynieryjny i architektoniczny. Ograniczona przestrzeń po obu stronach i strome zbocza pełne drzew i krzaków czyniły okolice przepraw dogodnym miejscem na zasadzki. Chociażby przy niepozornym moście Pontlatzer Brücke w 1809 roku Tyrolczycy walczyli z wojskami bawarsko-francuskimi.

Trasa z każdym zakrętem odsłaniała widoki na ostre szczyty górskie, bujne lasy i rzekę przecinającą dolinę z jej szumem rwącej wody. Okazjonalne fragmenty w miarę płaskiego gruntu są usiane tyrolskimi domkami ze skośnymi dachami, balkonami czerwonymi od pelargonii. W miarę zbliżania się do Pfunds krajobraz się przerzedzał. Przez ostatnich kilkadziesiąt kilometrów byłem ściśnięty z obu stron przez strome stoki, teraz przemierzałem szczere pola — dość rzadki widok w Tyrolu. Płaski grunt zdatny do budowy domów jest tutaj szczególnie drogi, głównie dlatego że jest go mało, a znaczna część zajęta przez rodziny mieszkające tam od pokoleń, nieskłonne do przeprowadzki.

Tyrolczycy są dumni ze swojej tożsamości. Przez stulecia doliny alpejskie były stosunkowo odseparowane. Ich mieszkańcy wykształcili lokalne dialekty i obyczaje. Poza tym tyrolski opór przeciw Napoleonowi i Bawarii, choć zakończony klęską, stworzył trwałą legendę. (Polacy mogą dobrze rozumieć, o co chodzi…) Włoscy faszyści próbowali zitalianizować Tyrol Południowy, ale nie wykorzenili miejscowego języka i kultury. W należącym do Włoch Tyrolu Południowym nadal dominuje niemiecki. Szczerze mówiąc, było to dla mnie zaskoczeniem. Miejscowi czują się najpierw Tyrolczykami, a dopiero potem Austriakami czy Włochami.

Pod wieczór dotarłem do Pfunds, w którym raczej się nie zatrzymywałem poza wizytą w sklepie spożywczym. Miasto stanowi najmniej przyciągający element tej okolicy. Dostanie się do sklepu wymagało bliskiego kontaktu z dwupasmówką, która przypomniała mi, z czego chciałem się wyrwać na rowerze. Całe szczęście kemping był parę kilometrów dalej. Rozbiłem namiot, umyłem się i zjadłem kolację nad stawem.
Jedną z zalet przebywania w miejscu pozbawionym dużych miast jest nikłe zanieczyszczenie światłem. Żyjąc w mieście czy jego okolicach, można nie dostrzegać, że wszystkie lampy, budynki, latarnie, reflektory rozświetlają również niebo. Przybiera ono mdłą, żółtoszarą barwę. Kilkanaście kilometrów od granicy Warszawy nadal widać jej poświatę na nieboskłonie, przysłaniającą gwiazdy i naturalne kolory nocy.
Po paru dniach wyprawy w głąb Alp niebo wyglądało zupełnie inaczej. Ten wieczór był zupełnie bezchmurny. Poza wielką liczbą migocących gwiazd chyba pierwszy raz w życiu zauważyłem, że nie są rozsypane na tle zupełnie czarnym, ale mieniącym się niebiesko-fioletową poświatą. Nie byłem tak odcięty od cywilizacji jak chociażby parę lat temu na katamaranie, który jako jeden z załogantów pomagałem przeprowadzać wzdłuż Rogu Afryki, ale może wtedy nie miałem przestrzeni na spoglądanie w niebo. Spędziłem prawie dwie godziny, leżąc na ziemi. Cywilizacyjna duma może na co dzień trochę przysłaniać nam to, nad jak niewielką częścią świata widocznego każdej nocy zdążyliśmy zapanować.
Wiedziałem już wtedy, że następnego poranka czeka mnie powrót do górskiej rzeczywistości. Prognoza już od kilku dni sugerowała gwałtowny spadek temperatury. Już od czterech dni deszcze i burze miały nadejść „jutro”. W końcu szczęście musiało się skończyć. Poza tym tuż przede mną znajdował się fragment powszechnie uznawany za najtrudniejszy.
08.09 Reschenpass i jezioro Reschensee
Reschenpass to alpejska przełęcz w pobliżu granicy Austrii i Włoch, niedaleko Szwajcarii. Przejeżdżając przy szwajcarskiej granicy, zmierzałem ku jezioru Reschensee po włoskiej stronie. Wielu podróżników przede mną przeprawiało się tędy przez góry. Pamiątką po nich jest Altfinstermünz — dawna stacja graniczna i celna między Tyrolem a czule nazwaną Gryzonią, z wieżą mostową stojącą bezpośrednio na rzece Inn. To jeden z rozpoznawalnych symboli szlaku Via Claudia Augusta, podobnie jak wystająca z jeziora dzwonnica zatopionej w 1950 roku wsi Graun, położona kilkadziesiąt kilometrów dalej.

Kiedy docierałem do Altfinstermünz, nie chodziły mi jednak po głowie względy estetyczno-historyczne, ponieważ docierał do mnie dramat mojego położenia. Tego poranka było pochmurnie, chłodno, ale sucho. Pomyślałem, że to wprost idealna pogoda na wymagający fizycznie fragment. Lepsze to niż zalanie się potem w trzydziestu stopniach. Niestety z każdym kolejnym kilometrem robiło się coraz zimniej, a na moich okularach zaczynała zbierać się wilgoć. Na wysokości dawnej stacji celnej próbowałem wyparcia. Wyparcia faktu, że zaczynało padać. Do nieszczególnie korzystnych wiadomości należał również fakt, że fragment drogi, którym poruszali się wszyscy kolarze, których pamiętniki z wypraw szlakiem Via Claudia Augusta czytałem, był akurat zamknięty, a przejazd na rowerze stanowczo verboten. Zaznaczono za to objazd strzałką. Tego rodzaju rozwiązania zazwyczaj nie kończą się dobrze, ale to przecież pełni dyscypliny Austriacy, a nie Włosi, którzy postawiliby pierwszą tabliczkę, a kolejne traktowali raczej fakultatywnie.
Przy tym znaku zatrzymała się grupa niemieckich „rowerzystów” usadowionych w aerodynamicznych, sportowych strojach na swoich sportowych rowerach elektrycznych ze sportowymi bateriami, aby przypadkiem nie musieli zbyt wiele pedałować, co ujmowałoby sportowości wydarzenia. Cieszyłem się jednak z ich obecności, ponieważ stanęli przed tym samym dylematem co ja. Zignorować zakaz i pojechać zwykłą trasą czy zgodnie z zasadami wybrać ryzykowny objazd? Sprawy przybrały zaskakująco antyniemiecki kierunek, ponieważ po chwili deliberacji ich grupa zdecydowała się zignorować das Verbot i pojechać zamkniętą trasą. Ich działanie najwyraźniej obudziło i we mnie cechy sprzeczne z narodowymi — zdecydowałem się poddać panującemu porządkowi i wybrałem objazd. Umotywowałem moją decyzję możliwością, że osoba stawiająca zakaz mogła wiedzieć więcej ode mnie. (O, święta naiwności!)
Po przekroczeniu rzeki objazd okazał się stromą dróżką dla rowerów górskich. Przez pierwszych kilkaset morderczych metrów zastanawiałem się, czy gorsze są ostre kamienie czy śliska ściółka. Z każdą minutą było trudniej. Ścieżka zdawała się coraz bardziej stroma, każde pchnięcie pedałów było męczące, a deszcz zmieniał się w ulewę. Po około kilometrze założyłem kurtkę i spodnie przeciwdeszczowe schowane na dnie sakw. Wiązało się to ze zmoczeniem znacznej części bagażu, który musiałem wyjąć, żeby dogrzebać się do ubrań. Czując nadchodzące przeziębienie, zdecydowałem się po prostu pchać rower. Jazda nie miała sensu i była wyczerpująca.
Wspinałem się pod górę powoli. Każdy krok stawiałem z nadzieją, że czeka mnie jeszcze tylko parę kilometrów mordęgi, żeby przez resztę wyjazdu opalać się we włoskim słońcu. Po przynajmniej godzinie maszerowania ścieżka doprowadziła mnie do tabliczki przy asfaltowej drodze. Jej tekst był oczywiście niezwykle pomocny. Przeczytałem, że dotarłem do drogi szybkiego ruchu, więc powinienem wrócić, skąd przyjechałem, i wsiąść w autobus. Nie przesadzam, treść była prawie literalnie taka.
Nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić. Droga ciągnęła się nad urwiskiem, padało, wiało, samochodów było sporo. Pobocza nie było ani milimetra. Po konsultacji z mapą i rozkładem jazdy znalazłem oddalony o kilkaset metrów przystanek autobusowy, z którego odjeżdżały autobusy w kierunku Włoch. Poczekałem więc chwilę na mniej ruchliwy moment na drodze i, modląc się do wszelkich bożyszcz, dojechałem do przystanku. Była jedenasta, autobus miał przyjechać w ciągu sześciu minut, więc siedziałem i go wypatrywałem. Minęło dwadzieścia minut, autobusu brak. Znalazłem więc jakiś daszek i czekałem dalej. Kiedy dochodziła dwunasta, nadal kwitłem na przystanku i zaczynałem tracić cierpliwość.
Uprzejmie proszę moich rodziców o pominięcie następującej części tego rozdziału…
Autobus po prostu się nie pojawiał. Mogłem tylko wjechać na drogę i liczyć, że nic mnie nie przejedzie, albo wracać, skąd przyjechałem, znieść więcej zimnego deszczu i liczyć, że uda się przeprawić zupełnie zamkniętą drogą albo złapać inny autobus. Po wszystkim, czego zdążyłem już doświadczyć tego dnia, wolałem rzucić się pod koła ciężarówki niż się cofać.
Przypomniałem sobie poranek, kiedy mijałem fragment Reschenstraße. Moją uwagę zwróciły roboty drogowe prowadzone na części odcinka. Widziałem tam światła służące do puszczania ruchu wahadłowo. Zacząłem więc obserwować dokładniej ruch samochodów. Faktycznie co około dziesięć minut ruch w jednym z kierunków zupełnie ustawał. Pomyślałem, że to może być moja szansa. Jeśli uda mi się dokądkolwiek dotrzeć w ciągu tych dziesięciu minut, może ujdę z życiem i dotrę wieczorem do słonecznej krainy winem płynącej.
Poczekałem na kolejne zatrzymanie ruchu samochodów i ruszyłem z tykającym w głowie odliczaniem do kolejnej fali samochodów. Sam nie byłem świadom, że potrafię tak szybko pedałować. Droga była świetnie przygotowana, ale mokra i w miarę stroma. Zmęczenie jednak przestało się liczyć. Myślałem tylko o ciężarówce albo potężnym niemieckim kamperze, który może w każdej chwili pojawić się za moimi plecami. Nie wiedziałem do końca, dokąd jadę. Wiedziałem, że droga prowadzi w kierunku Włoch, i szukałem pierwszej możliwości wydostania się z niej w dowolnym kierunku. Najszybciej serce biło mi w licznych tunelach z płaskimi, betonowymi ścianami, które nie pozostawiały żadnej przestrzeni do zjazdu w bok. Parłem, ile mogłem, nie czując w zasadzie nóg. Stałem się jednością z moim rowerem.
Jechałem tak przez parę kilometrów. Spojrzałem na zegarek, minut upłynęło już kilkanaście. Kolejny tunel się kończył. Wychylając się zza rogu, ujrzałem widok radujący każdego w mojej sytuacji — austriacki czołg. Kolejne metry ujawniały kolejne czołgi. Wiedziałem, że nie powinienem wjeżdżać na tę drogę rowerem, ale faktycznie tej reakcji się nie spodziewałem. Co jednak najważniejsze, machiny stały na niedużej polanie obok Autobahnu. Obejrzałem się w obie strony dziesięć razy, potem kolejne dwadzieścia i z radością pobiegłem w kierunku oazy bezpieczeństwa zapewnianej przez lufy dłuższe od mojego ciała. Zupełnym przypadkiem dotarłem do atrakcji nazwanej czule przez Austriaków „ogrodem czołgów” obok bunkru Nauders. Mimo głośnej drogi widok był piękny. Uzmysłowił mi, jak wysoko się już wdrapałem. Po chwili wytchnienia znalazłem nieopodal górską ścieżkę, która powinna prowadzić pod włoską granicę.
Wspinałem się więc wyżej na moim rowerze miejskim wyładowanym kilkunastoma kilogramami bagażu. Przejazd nie był łatwy, ale już nie tak morderczy jak poprzednie godziny. Zbliżałem się do miasteczka Nauders. Najwyższy punkt szlaku był jeszcze przede mną, ale wierzyłem, że najgorsze mam już za sobą. Widziałem już miejsce, od którego ścieżka stawała się płaska. Pchnięcie za pchnięciem pedałów. Zastanawiałem się, czy więcej jest na mnie deszczówki czy potu. Czułem się i wyglądałem jak coś, co wypełzło z bagna. Wtedy zza wzniesienia zaczęła wyłaniać się budka robiąca za kawiarnię. Na jej tarasie siedział stary Niemiec w sportowych ciuchach obok elektrycznego tzw. „roweru”, który podpiął do ładowania. Mimo zaawansowanego wieku w tym momencie wyglądał jak młody bóg. Spotkałem go wcześniej, przy znaku objazdu. Spytałem go wtedy, czy jego zdaniem lepiej złamać zakaz, czy zastosować się do objazdu. Również on mnie rozpoznał i podniósł swoją filiżankę kawy.

Rozmowa w luźnym tłumaczeniu z niemieckiego.
— Dojechałeś!
— Tak, chyba. Nie wiem, czy nie zgubiłem nóg gdzieś po drodze. Kiedy dotrę do kempingu, policzę, ile zostało mi zębów.
— Czemu nie wziąłeś roweru górskiego?
— Miałem tylko taki. Jak wyglądał przejazd Martinsbrucker Straße? (droga, którą przejazd był zakazany)
— Wyśmienicie. Gładki asfalt od początku do końca przy zupełnym braku samochodów. Okazuje się, że w niedziele z jakiegoś powodu zamykają ten fragment drogi. Ominąłem szlaban i pojechałem pod górę.
— Ach, dobrze wiedzieć… Objazd nie był taki przyjemny. Najpierw trafiłem na stromą, kamienisto-błotnistą ścieżkę, a następnie musiałem wjechać na Reschenstraße, żeby tutaj dotrzeć. Dramat.
— Ale dojechałeś! Dokąd teraz?
— Jeszcze nie wiem. Pierwotnie planowałem kierować się do Wenecji, ale chyba skręcę w kierunku Florencji. Zdecydowanie bardziej lubię to drugie miasto. Na pewno znacznie mniej śmierdzi.
— No, to jeszcze daleko. Powodzenia.
— A pan dokąd zmierza?
— (Mówiąc szczerze, zapomniałem, dokąd zmierzał, i nie spisałem tego. Chyba gdzieś w północnych Włoszech. Na pewno planował krótszą trasę i zbliżał się do jej końca. Wstawmy więc losowo wybrane miasto.) Do Bolzano.
— W takim razie powodzenia, szerokiej drogi!
Znów dałem Niemcom wpędzić się w kompleksy. Byliśmy teoretycznie w tym samym miejscu, ale w zupełnie różnych światach. Nadal pedałowałem jak ostatni frajer, podczas gdy Niemiec korzystał ze sportowej baterii. Wybrałem drogę przez wyroby ścieżkopodobne i szosę nad urwiskiem, a Niemiec gładki asfalt bez samochodów. Wypełzłem z bagna, a Niemiec wyglądał jak władca tej góry, spokojnie popijając cappuccino. Po krótkiej chwili zadowolenia ruszyłem dalej z myślą, że od teraz może być tylko lepiej. Tuż za rogiem znajdowało się śliczne jezioro Reschensee, a dalej słoneczna Italia. (O, święta naiwności!)
Przez następnych parę kilometrów jechało się w miarę znośnie. Było mi coraz zimniej, ale nawierzchnia nie była zła. Po południu przekroczyłem włoską granicę i wjechałem do miasteczka Reschen. Pierwszy kontakt z włoską kulturą nastąpił, kiedy zacząłem szukać jakiegoś sklepu bądź czegokolwiek do jedzenia, ale jak powszechnie wiadomo, po tej stronie granicy od 14 do 18 jedzą tylko szaleńcy, pracoholicy i szaleńczy pracoholicy. (Spotkałem się z tezą, że sjesta służy uniknięciu przytłaczających upałów. Mnie jednak przytłaczało głównie odmrażanie palców przez temperaturę zbliżającą się już do zera.)
Jechałem więc dalej, na głodniaka, aż w moich uszach odbił się donośny głos młodego faceta w skórzanych spodniach i kapeluszu z piórem. Gama jego wrzasków była zaskakująco szeroka, jednak w znacznej mierze pozbawiona treści. Brzmiał trochę, jakby śpiewak operowy przesadził tego dnia z dawką amfetaminy. W Polsce pomyślałbym, że uciekł z psychiatryka, ale w tych stronach nazywają jego zajęcie jodłowaniem. Stał na skraju ciemnoturkusowego jeziora Reschensee, a przed nim na ławkach siedzieli ludzie zajadający się sznyclami z sałatką ziemniaczaną. Dołączyłem do nich, kolekcjonując ze stoisk wszystko, co warzywne. Było pewne piękno w niosących się między szczytami okrzykach. Zdawały się one odbijać od górskich monolitów, jakby stanowiły naturalny amfiteatr.
Męki
Ruszyłem dalej. Kilkanaście minut później minąłem wieżę kościelną wystającą z jeziora Reschensee. To pozostałość dawnej wsi Graun, którą w 1950 roku zburzono, a teren zalano, żeby stworzyć zbiornik dla elektrowni wodnej. Projekt podniesienia poziomu wody o dwadzieścia dwa metry był pomysłem faszystów Mussoliniego. Zrealizowała go firma Montecatini już po wojnie. XIV-wieczną dzwonnicę celowo zachowano i stoi do dziś. Stała się najbardziej rozpoznawalnym zabytkiem na trasie Via Claudia Augusta.

Kiedy docierałem do pola namiotowego w miejscowości St. Valentin auf der Haide, robiło się już naprawdę zimno. Przez większość dnia utrzymywało się około dziesięciu stopni, jednak teraz dziewięć z nich uciekło, pozostawiając ten ostatni w samotności na skali termometru. Mokry i obolały wszedłem do kawiarni w okolicznym hotelu, żeby trochę się ogrzać. W tym miejscu pierwszy raz poczułem, że mimo dominacji germańskich akcentów — od architektury i języka po sposób ubioru, wygląd i zachowanie ludzi — znajdowałem się jednak we Włoszech. Przy barze dostałem wykład po niemiecku (ale z włoskim akcentem) na temat różnych rodzajów kaw, historii miasteczka i typowej pogody o tej porze roku: „Jak mieszkam tutaj ponad dwadzieścia lat, pierwszy… nie, drugi raz widzę taką pogodę we wrześniu! Tutaj raczej nie pada. Zimą tylko śnieg, ale lodowate ulewy we wrześniu są czymś zupełnie niespotykanym”.
Również byłem przekonany, choć pewnie bez takiej stanowczości, że we Włoszech będzie czekało na mnie bezchmurne niebo, 35 stopni w ciągu dnia i 20 w nocy. Byłem raczej odcięty od aktualnych wydarzeń w Polsce podczas podróży. (Zresztą nawet przebywając w kraju raczej nie czytam wiadomości, bo męczą psychicznie, marnują czas i nie wnoszą realnej wartości do życia.) Dopiero po czasie dowiedziałem się, że wiszący w tamtym momencie nade mną front pogodowy spowoduje za parę dni powódź na południu Polski. W tym momencie spoglądałem tylko na pogodową mapę Europy z czystej ciekawości, sprawdzając, czy jest jakiś sposób na wyrwanie się z lodowatego marazmu tego dnia. Temperatura spadała tak szybko, że na północy Norwegii było chwilowo cieplej niż u mnie. Nie byłem w stanie znaleźć zimniejszego punktu w Europie. Wakacje w Sztokholmie czy Oslo raczyłyby pogodą przyjemniejszą niż na północy Italii.
W którymś momencie barista musiał się czymś zająć. Taktycznie wykorzystałem moment na ewakuację, żegnając się z miłym człowiekiem. Bardzo doceniam ekspresyjny sposób przemawiania Włochów. Zdają się mieć wrodzoną umiejętność prowadzenia monologu na dowolnie mało istotny temat, pozostając ujmującymi. Mógłbym godzinami słuchać o tym, jak Włoch wiązał sznurówki tego poranka, ale powoli robiło się ciemno, a chciałem rozbić namiot przed zachodem słońca. Nie miałem jeszcze dostatecznej wprawy, żeby zrobić to w deszczową noc bez zalania wewnętrznej komory wodą.
Z początku byłem dobrej myśli. Mimo chłodu i wilgotności liczyłem na to, że przynajmniej część moich rzeczy i wnętrze namiotu jeszcze wyschną. Poszedłem wziąć prysznic i starałem się położyć spać. Wiatr i deszcz biły w mój namiot bez przerwy, jakby starały się określić, który z nich potrafi uderzyć mocniej. Byłem ubrany we wszystkie (w miarę) suche rzeczy, jakie ze sobą wziąłem, ale momentami nie mogłem powstrzymać drżenia z zimna.
Mijała godzina za godziną. Nie byłem w stanie zmrużyć oka. Miałem wrażenie, że wszystko robi się coraz bardziej wilgotne. Zapaliłem lampkę i dostrzegłem, że mój wodoodporny namiot był wodoodporny głównie na ulotce. Kropelki wody zbierały się na górnej ściance, a następnie jedna za drugą na mnie skapywały. Nie wiem, czy to materiał zaczynał przeciekać po godzinach znoszenia ulewy, czy może wilgotność powietrza była tak wysoka, że woda zaczynała się skraplać z powietrza. Próbowałem przecierać materiał namiotu ręcznikiem, żeby na chwilę powstrzymać kapanie, ale każdorazowo wracało po chwili. Nie było od niego ucieczki.
09.09 Merano
Obudziłem się zdewastowany. Nie spałem prawie w ogóle, nadal było mroźno i deszczowo, ale przynajmniej zebrała się gęsta mgła. Usiadłem do śniadania z niemiecką parą podróżującą na podobnej trasie jak ja. Ich taktyką było przeczekanie. Twierdzili, że pogoda nie nadaje się do jazdy, więc zostaną w tym smutnym dołku aż do momentu, gdy warunki się poprawią. Decyzja Niemców była odpowiedzialna i naprowadziła mnie na wniosek, że nie mam zamiaru siedzieć, drżeć z zimna, pogrążać się w depresji i czekać, aż kłopot sam się rozwiąże. Musiałem wziąć sprawy w swoje ręce i przestać zdawać się na łaskę pogody.
Konsekwencje niezwykle odpowiedzialnej decyzji, którą pojdąłem w tamtym momencie, opiszę za niedługo w trzeciej (może ostatniej lub przedostatniej) części pamiętnika.